niedziela, 30 grudnia 2012

Podsumowanie 2012 roku


Rok 2012 nieuchronnie zbliża się ku końcowi. Przyszła, zatem pora na podsumowanie moich czytelniczych poczynań. Według mnie było jednocześnie lepiej od poprzedniego roku i gorzej. Dlaczego? Gorzej przedstawia się ogólna liczba przeczytanych książek:

- w roku 2011 przeczytałam ich 88,
- w roku bieżącym 63 (jeszcze nie wszystkie recenzje się ukazały na blogu).

Spadek ten jest wynikiem pełnego etatu w pracy jak i pełnego etatu w moim sercu dla M. ;) Niniejszym sama siebie rozgrzeszam ze skromniejszej liczby przeczytanych pozycji. ;)

Nie rozgrzeszam się natomiast z TOTALNEGO zaniedbania lektur Stephena Kinga. Na tym polu niestety było w tym roku gorzej niż źle – udało mi się przeczytać tylko jedną z jego książek („Zieloną milę” – recenzja TU). To duży wstyd dla kogoś, kto mianował się jego fanem i posiada wszystkie jego tytuły wydane w Polsce… Postarałam się jednak zawczasu o dobrą motywację do zmiany na lepsze pod tym względem i tak o to zostałam posiadaczką kalendarza z motywem nowel Kinga na rok 2013 – fakt, że posiadam jedną sztukę z zaledwie 100 jakie się ukazały motywuje mnie jeszcze mocniej. :)



Ponadto na rok 2012 założyłam sobie, że poznam twórczość wielu pisarzy, na którą od dawna ostrzyłam sobie pazurki, ale ciągle mi nie wychodziło. Miał być Grzędowicz, kolejne podejście do Pratchetta, Pilipiuk, a skończyło się jedynie (albo aż) na Murakamim, Zafonie i Miłoszewskim.

Za swój ogromny, osobisty sukces uważam przyłączenie się do grona Oficjalnych Recenzentów portalu Lubimy Czytać w kwietniu tego roku. W tym miejscu pragnę mocno podziękować załodze portalu za okazane zaufanie i danie mi szansy. Najszczersze podziękowania ślę także w kierunku wydawnictwa Zysk i S-ka, dla którego również mam przyjemność recenzować.

Specjalne pozdrowienia ślę dla Pana Artura z wydawnictwa Papierowy Księżyc. Za co? Za każdego maila, który zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy i radość w sercu. O czym by Pan nie napisał to cieszę się do monitora jak głupi do sera. ;)

Statystyk wyświetleń bloga, poszczególnych wpisów, komentarzy czy „polubień” na Facebooku nie zdecydowałam się analizować. Liczy się dla mniej najmocniej fakt, że czytelników wciąż Książkówce przybywa za co serdecznie Wam dziękuję. Jesteście najwspanialszą siłą napędową i motywacją do tego by pisać, blogować dalej oraz stale pracować nad swoim warsztatem. :)

Na koniec podzielę się z Wami moim osobistym TOP 5 przeczytanych tytułów w roku 2012.


Miejsce nr 5.

„Skrawek nieba” Janina David (recenzja niebawem)




Miejsce nr 4.

„Osobliwy dom pani Peregrine” Ransom Riggs (recenzja TU)



Miejsce nr 3.

„Magiczne lata” Robert McCammon (recenzja TU)




Miejsce nr 2.

„Domofon” Zygmunt Miłoszewski (recenzja TU)




Miejsce nr 1.


„Igrzyska śmierci” oraz „W pierścieniu ognia” Suzanne Collins (recenzja TU i TU)

 




Ach, jeszcze życzenia… :) 
Na nadchodzący rok 2013 życzę Wam (a także sobie samej) by czasu na lektury nie ubywało a przybywało. By kiepskie tytuły omijały Was szerokim łukiem a te najlepszy lgnęły do Was tłumnie. :) By każda kolejna książka potrafiła Was wciągnąć w swój świat do tego stopnia, że zapomnicie o wszystkich troskach i problemach dnia codziennego. By książki zawsze były dla Was ukojeniem. Wszystkiego książkowego!


sobota, 29 grudnia 2012

"Domofon" Zygmunt Miłoszewski




Premiera: marzec 2005
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 384
ISBN: 83-7414-068-2


W przypadku niektórych moich recenzji albo raczej ich wstępu proszę Was o wykonanie jakiegoś zadania, przykładowo: „wyobraźcie sobie, że…”. Tym razem znów mam dla Was zadanie, ale troszkę odmienne od wcześniejszych…
Czy w chwili obecnej (czyli w momencie czytania tego tekstu) w pobliżu Was znajduje się przynajmniej jedna osoba, która jest jedną z tych najważniejszych w Waszym życiu? Jeśli nie to odłóżcie proszę lekturę mojej recenzji na czas, gdy któraś z nich będzie obecna choćby
w pokoju obok.

Już jest? Czujecie jej obecność oraz wynikające z niej błogie poczucie bezpieczeństwa? Dobrze, to teraz zamknijcie oczy i przy pomocy wyobraźni zobaczcie ostrze noża coraz mocniej napierające na Wasze gardło. To nie żaden włamywacz próbuje Wam odebrać życie, ani złodziej… to ta najbliższa Wam osoba coraz mocniej przyciska zimny nóż do waszej szyi i z wyrazem triumfu uśmiecha się coraz szerzej…

Agnieszka, jedna z wielu bohaterów „Domofonu” Zygmunta Miłoszowskiego, nigdy nie spodziewała się, by ten najważniejszy mężczyzna w jej życiu mógł mieć w głowie podobne myśli. Lada moment mieli zacząć wspólny rozdział życia w nowym miejscu, w otoczeniu nowych ludzi, w nowym mieszkaniu. Nie mieli wiele. Ona, oprócz bagażu, wiozła ze sobą wiarę i niepohamowaną radość wynikającą z nadchodzących zmian; on zaś – lekkie obawy i nadzieję, że tam, gdzie zamieszkają, wena twórcza nigdy się nie skończy i pozwoli mu stworzyć wiele pięknych obrazów. Kto by się więc spodziewał, że tuż po przekroczeniu progu bloku przywita ich wiadomość o rozczłonkowanych zwłokach w pobliżu windy… Od samego początku wszystko wokół zdaje się krzyczeć do nich, by opuścili to mroczne miejsce, bo ich pobyt tu skończy się tragicznie… Jednak nie spłoszyły ich coraz okrutniejsze koszmary senne nawiedzające ich co noc, nie zrobiły tego też dziwne odgłosy ani TO, co Agnieszka zobaczyła w windzie… Zło tu mieszkające jednocześnie przerażało i nie pozwalało od siebie uciec. Czy ta historia ma choćby najmniejsze szanse skończyć się dobrze?

Zawsze są na to szanse, ale nie zawsze okoliczności ku temu sprzyjają… Tutaj nic nie wydaje się być proste, klarowne i normalne. Tu wszystko jest dziwne… Na domiar złego COŚ powoduje, że ludzie zaczynają być wobec siebie nawzajem bardzo wrogo nastawieni. Byle błahostka jest w  stanie doprowadzić do tragedii.
Autor nie pozwala się nudzić czytelnikowi, przedstawiając pokaźną liczbę bohaterów, ale nie na tyle, by się pogubić w ich losach. Każdy z nich jest bardzo wyraźnie nakreślony wraz ze swoimi słabościami, dziwactwami czy lękami. Sporadycznie w toku akcji pojawia się też tajemniczy lokator bloku – kim jest, jaki ma związek z zaistniałą sytuacją? Powiem jedynie, że nie pojawia się bez powodu. A samo pochodzenie owego zła? Historia jego źródła przyprawia o dreszcze, wierzcie mi.

Szukając swego czasu informacji na temat debiutu Miłoszowskiego, natknęłam się na wiele bardzo pochlebnych opinii i teraz już wiem, że nie wzięły się znikąd. Jedynym mankamentem „Domofonu” jest moim zdaniem zakończenie, które wydaje się zbyt proste, ale… przy wielości posiadanych zalet jest to drobny szczegół. Świetnie poprowadzona akcja, bardzo dobrze nakreślone rysy osobowościowe bohaterów, zgrabne lawirowanie pomiędzy thrillerem a horrorem. Autor pokazuje także, że jest dobrym obserwatorem społeczeństwa – umiejętnie ukazał w fabule typowość blokowisk, polegającą na wzajemnej anonimowości i obojętności (choć nie twierdzę, że to bezwzględna norma – nie chcę tu nieopatrznie kogoś urazić zbyt dalekimi uogólnieniami).
I co jeszcze? Wyobraźcie sobie, że pierwszy raz od dawna literatura grozy naprawdę wywołała u mnie strach – czytałam i w wielu odpowiednich ku temu momentach… najzwyczajniej w świecie się bałam. A przyznam szczerze, że jak na moje doświadczenie
z tym gatunkiem, coraz trudniej o taką reakcję.

Jestem zdumiona i szczerze zaskoczona faktem, że „Domofon” jest debiutem autora. Życzyłabym sobie (a także innym osobom z zapędami literackimi), by ich pierwsze powieści były chociaż w połowie tak dobre, jak ta Zygmunta Miłoszowskiego.


Ocena: 5,5/6



Książka przeczytana w ramach wyzwania: "Polacy nie gęsi,czyli czytajmy polską literaturę!"

niedziela, 23 grudnia 2012

Świątecznie... :)




Kochani, życzę Wam wszystkiego, co najlepsze z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. 

Dużo zdrowia (bo ono najważniejsze), dużo ciepła i radości w sercach. 
Spełnienia podarkowych marzeń, w tym stosu książek (nie ma się co oszukiwać - to dla każdego książkoholika jest najważniejsze ;) ). 




Pyszności na stole - by te kilogramy, które przybędą, zaraz po świętach szybko zniknęły. ;) 
I przede wszystkim spełnienia najskrytszych marzeń - w końcu to magiczny czas.

Wesołych Świąt! :) 

Aha! I jeszcze jedno! Jak ktoś ma w nadmiarze śniegu to może mi troszkę podesłać, bo u mnie za oknem mało klimatycznie póki co. ;)


Edit: 12:05. Śnieg zaczyna prószyć... :D


piątek, 21 grudnia 2012

"Ted" reż. Seth MacFarlane




Gatunek: Fantasy, Komedia
Produkcja: USA
Premiera: 7 września 2012 (Polska), 29 czerwca 2012 (świat)
Reżyseria: Seth MacFarlane
Scenariusz: Seth MacFarlaneAlec SulkinWellesley Wild




Bo z marzeniami to trzeba uważać, wiecie? Nigdy nie wiadomo, które z nich się spełnią. I nigdy nie wiadomo czy szczęście wynikające z ich spełnienia będzie długofalowe, czy przeciwnie – chwilowe i pozorne. Na to, o czym marzymy, musimy mieć szczególne baczenie w okresie świąt Bożego Narodzenia. Wtedy moc spełniania najskrytszych fantazji jest podwójna. Nie wierzycie? Zatem przyjrzyjcie się bliżej historii pewnego chłopca, który pewnego dnia wypowiedział na głos pewne bardzo nietypowe życzenie…

filmweb.pl
Była Wigilia roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego. John, po otrzymaniu od rodziców w prezencie całkiem pokaźnych rozmiarów misia i zaprzyjaźnieniu się z nim, zapragnął w końcu, by ten ożył. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki życzenie malca spełnia się. Tylko, kto by przy tym wszystkim przewidział, że ta bajka z dzieciństwa się nie skończy? John rośnie, lat mu przybywa i misiowi (imieniem Ted) także. I tak wiodą sobie z lekka hulaszczy tryb życia – palą, piją, Ted nie stroni od towarzystwa pięknych kobiet, a John usiłuje skupić się na swojej dziewczynie, którą kocha nad życie. 


filmweb.pl

Nie jest to łatwe zadanie, jeśli ma się u boku tak imprezowego towarzysza – ten niczym diabeł wcielony robi, co może, by sprowadzić swego przyjaciela na manowce… Lori (ukochana Johna) w pełni dostrzega poczynania Teda i z dnia na dzień czuje, że zapasy jej cierpliwości i wyrozumiałości się kończą… Czy nasz trzydziestopięcioletni bohater pójdzie po rozum do głowy? Czy miłość zasieje w nim pierwsze ziarna dorosłości i odpowiedzialności?

To już sprawdźcie sami, jeśli tylko najdzie Was ochota na tego rodzaju kino. A czy obraz przypadnie do gustu każdemu? Zdecydowanie nie. Uważam, że sam pomysł na fabułę filmu jest świetny! Przytulanka z dzieciństwa ożywa i kroczy z nami przez życie – zdaje się, że to temat rzeka, prawie nieposiadający ograniczeń w formie jego przedstawienia. Skoro tak, to dlaczego zdecydowano się na tak zwulgaryzowaną wersję misia? Ja wiem, że twórcom zależało na wykreowaniu jego postaci w możliwie jak najbardziej „lajtowym” stylu, prawdziwym, maksymalnie zbliżonym do ludzkiego, ale myślę, że pokazując go w nieco delikatniejszej formie, film i tak nie straciłby na swym uroku. Przez to mam wrażenie jakbym oglądała  jedną z wielu typowych, marnych amerykańskich komedii, które śmieszą bardziej głupotą niż swym całokształtem. Owszem, padło w filmie kilka śmiesznych tekstów, były też dość dobre sceny (scena walki czy pościgu), ale to troszkę mało.
Myślę też, że nie wykorzystano w pełni potencjału pomysłu na ten film – można było wycisnąć zeń znacznie więcej.

Zatem komu film się spodoba? Zdecydowanie bardziej przypadnie do gustu męskiej części widzów. Tryb życia tych dwóch bohaterów, język, jak i humor będzie bliższy panom, aczkolwiek wyjątki od mojej tezy na pewno się znajdą.

A jeśli komuś z Was przeszła przez umysł myśl, by obejrzeć ten film w rodzinnym gronie podczas świąt, to lepiej szybko go porzućcie, bo niejedna ciocia czy też seniorzy rodu mogliby po zakończonym seansie na powrót poczuć w ustach smak wigilijnego karpia…


Ocena: 3/6


środa, 19 grudnia 2012

"Czarne sekundy" Karin Fossum




Tytuł oryginału: Svarte sekunder
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Premiera: 2012
Liczba stron: 316
Tłumaczenie: Marcin Kiszela
ISBN: 978-83-61386-23-0



"Poprowadź to śledztwo"


Moja mała, śliczna córeczka. Ma zaledwie dziewięć lat, a już jest taka samodzielna i zaradna. Moje oczko w głowie… Tak szybko nauczyła się jeździć na rowerze, że ani się obejrzałam, jak poprosiła o kupno swojego wymarzonego modelu w żółtym kolorze. A teraz nie ma dnia, by nie wyruszała nim na przejażdżki. Dziś też wybrała się w podróż – niedaleką, bo do pobliskiego kiosku po swoje ulubione pismo i gumę do żucia. Nie ma dużo do załatwienia, więc za krótką chwilę wróci do domu. Na pewno wróci… przecież zawsze wraca…

Mniej więcej takie myśli krążyły po głowie Helgi Joner (bohaterki „Czarnych sekund” autorstwa Karin Fossum) w dniu, w którym zaginęła jej niespełna dziesięcioletnia córka Ida (niebawem miała obchodzić urodziny). Niby coś nie dawało jej spokoju, gdy Ida wychodziła z domu z uśmiechem na ustach obiecując, że niebawem będzie z powrotem. Coś wzbudzało niepokój, ale czy to od razu podstawa do zatrzymywania dziewczynki na miejscu? Może to tylko matczyna nadopiekuńczość… Gdy zbliżała się godzina dwudziesta trzecia, Helga wiedziała już, że stało się coś złego. Nie zastanawiała się ani chwili i czym prędzej, wraz z siostrą, rozpoczęła poszukiwania zaginionej. Wkrótce do poszukiwań dołącza się policja z inspektorem Konradem Sejerem na czele. Niezbyt prędko, ale jednak pojawiają się pierwsze tropy, odnajduje się rower Idy, jednak po dziewczynce ani śladu… Kto stoi za jej zaginięciem?

Tego, drogi czytelniku, dowiesz się dzięki osobiście prowadzonemu śledztwu. Tak, tak! Nie pomyliłeś się – sam będziesz odkrywał podejrzanych, bowiem autorka tak prowadzi fabułę, by przez długi czas policja nie była w stanie nikogo w jawny sposób nawet podejrzewać o próbę uprowadzenia dziewczynki, ale byś Ty, jak na dłoni, widział ich jako pierwszy. Przyznaję, że ten zabieg podobał mi się wielce – daje poczucie faktycznego uczestnictwa w akcji. Jednak to nie koniec atrakcji, jakie zafundowała nam tym razem ta norweska autorka kryminałów. Kto kojarzy nazwisko Fossum, na pewno wie, że słynie ona z nienagannej kreacji bohaterów – w przypadku „Czarnych sekund” znów pokazała swoje mistrzostwo. Niemal każda z postaci jest namacalna dzięki świetnym opisom osobowości, jak i emocji towarzyszącym w konkretnych scenach. Przyglądając się przeżyciom Helgi, czułam się tak, jakbym to ja przeżywała koszmar utraty kontaktu z własnym dzieckiem.

Pamiętam też dobrze poprzednią lekturę tej autorki – „Za podszeptem diabła” – w której urzekł mnie tak charakterystyczny dla norweskich kryminałów/thrillerów chłód wydobywający się z psychiki czarnych charakterów. Z delikatnym bólem stwierdzam, że tego mi zabrakło w „Czarnych sekundach”. Jednak, przy opisanych przeze mnie zaletach tej powieści, trzymającej w napięciu akcji, mocnych opisach w finalnych scenach, ten drobny szczegół można puścić w niepamięć.

zdjęcie pochodzi z okładki książki
Komu polecam ten tytuł? Fanom Fossum, norweskich kryminałów i tym, którzy nie boją się zmierzyć z negatywnymi, przykrymi emocjami bohaterów – bo te na pewno Was nie oszczędzą!












Ocena: 5/6







wtorek, 11 grudnia 2012

"Zły wpływ" William Sutcliffe




Tytuł oryginału: Bad influence
Wydawnictwo: Baobab
Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska
Data wydania: 2009
ISBN: 978-83-89642-88-2
Liczba stron: 155



Na pewno znacie tego typu sytuację – jeśli nie z własnego życia (oby nie!), to na pewno z jakiejś książki lub filmu. W sąsiedztwie pojawia się nowa rodzina: on, ona i dziecko. Młody chłopiec, który dopiero wkracza w wiek nastoletni jest bardzo grzeczny, ma dobrze wyprasowaną koszulę zapiętą po samą szyję i… bardzo przenikliwe spojrzenie. Zdaje się, że jest w stanie przy jego pomocy wypalić dziurę. I nie byłoby w tym nic dziwnego szczególnie niepokojącego, gdyby nie fakt, że tuż po wprowadzeniu się nowych lokatorów w okolicy zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Mają miejsce kradzieże, wybicia szyb w oknach, a kot miłej, starszej pani, która mieszka obok, zostaje odnaleziony w zaroślach z przetrąconym karkiem…

Podobnie zaczyna się historia, którą opowiada małoletni Ben. Jego życie nie wyróżniało się niczym szczególnym, dopóki w sąsiedztwie nie pojawił się Carl. Ben, jak inni młodzi chłopcy, uczęszczał do szkoły, miał troskliwych rodziców, starsze rodzeństwo (którego szczerze nie znosił) i najlepszego przyjaciela imieniem Olly. Carl, choć jako „nowy” powinien dostosować się do zastanych reguł, bardzo szybko przejmuje kontrolę nad tym, co najważniejsze w życiu głównego bohatera „Złego wpływu” autorstwa Williama Sutcliffe’a. Odebrał mu przyjaciela, następnie mocno zranił serce jego siostry, równocześnie wymownie pokazując, do czego jest zdolny. Przebiegłe intrygi, brutalna przemoc, niczym nieskrępowana dominacja, a także pęd do bycia panem życia i śmierci – to prawdziwa twarz kilkunastoletniego, nowo przybyłego chłopca… Do czego jeszcze posunie się Carl, by udowodnić swoją przebiegłość, siłę oraz bezwzględność? Do tego, czego nikt by nie mógł się spodziewać po tak dobrym, z pozoru, chłopcu…

„Zły wpływ” to maksimum wartościowego przekazu na minimalnej liczbie stron (zaledwie 155). Normalnie pewnie narzekałabym, że tak dobra, mroczna lektura została mi tak brutalnie odebrana z racji niewielkiej objętości. Jednak pozorny mankament okazuje się być atutem, bo dzięki skondensowanej treści, fabuła zawiera w sobie samą esencję wizji dziecięcego świata. Historię opowiada młody chłopiec i takim też stylem jest prowadzona. Widzimy świat oczyma dziecka, które powoli zaczyna go pojmować przy pomocy dojrzalszych kategorii; widzi zło, które go otacza, potrafi je określić i nazwać, nie tracąc przy tym tej charakterystycznej dla młodego wieku logiki i sposobu rozumowania. Także problemy dnia codziennego są tymi wielkimi dla tak młodego ducha i jednocześnie tak błahymi dla osób dorosłych. Autor rozpoczyna swą opowieść, wplatając w nią maksimum humoru przy pomocy fantastycznych opisów Bena, a nawet jego schematów, diagramów itd.


rysunek pochodzi z książki



Następnie stopniowo je porzuca, by – im bliżej finału – wprowadzić czytelnika w mroczny klimat „Złego wpływu”. Jego apogeum następuje oczywiście na samym końcu i robi dość mocne wrażenie.

Czy pomysł na wątek główny i postać negatywnego bohatera jest oryginalny? Absolutnie nie. Nietrudno dopatrzeć się podobieństwa do „Władcy much” Goldinga czy filmu w reżyserii Iana McEwana pt. „Synalek”, w którym Macaulay Culkin uosabiał dziecięcy koszmar każdego rodzica… Mimo to, uważam książkę Sutcliffe’a za dobry thriller psychologiczny. Dzieci jako czarne charaktery straszyły, straszą i zawsze będą to robić wyśmienicie. Połączenie brutalności i przebiegłości charakterystycznej dla dorosłych z dziecięcą niewinnością zawsze robi piorunujące wrażenie i fanom takiego miksu w szczególności polecam tę lekturę.


Ocena: 5/6

czwartek, 6 grudnia 2012

"Ostateczne wyjście" Natsuo Kirino




Data wydania: 26 września 2012r.
Tytuł oryginału: OUT
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Marek Fedyszak
ISBN: 978-83-7508-584-6
Liczba stron: 584



"Gdy śmierć jest wybawieniem"


Znów ten sam scenariusz. Po ciężkiej pracy w godzinach nocnych wraca do domu, a w nim? Kolejny natłok obowiązków i ani jednej życzliwej twarzy wśród domowników. Zdaje się, że każdy jest jej wrogiem, który ani myśli wymienić z nią choćby zdawkowego „dzień dobry”. Gdy więc do tego smutnego obrazka dołącza wyżywający się fizycznie mąż, nie pozostaje jej już nic innego, jak posunąć się do ostateczności, a nagrodą będzie chwila napawania się… ostatnim tchnieniem tyrana.

Nie, nie… źle napisałam. W życiu Yayoi było dwóch wyżywających się na niej tyranów: mąż despota oraz praca w wyciskającej siódme poty z człowieka fabryce produkującej dania obiadowe. Tym trybem upływał dzień za dniem w marnym życiu jednej z bohaterek powieści „Ostateczne wyjście” japońskiej autorki Natsuo Kirino. Niemal co wieczór te same upokorzenia, ta sama ciężka ręka lądująca na najczulszych miejscach jej delikatnego ciała, wciąż ci sami świadkowie cierpienia: dzieci i kot. Jednak nadszedł dzień, w którym ponury los kobiety wreszcie miał się zmienić. Oto niewierny mąż hazardzista traci życie z rąk swojej żony. Zszokowana, choć odczuwająca wyraźną ulgę, desperatka postanawia poprosić o pomoc w pozbyciu się zwłok swoją koleżankę z pracy, Masako. Ta, wiedziona wizją szybkiego, choć niełatwego, zarobku podejmuje się tego zadania. A robi to (nie sama) przy pomocy noża i piły, powoli rozczłonkowując denata… Nie trzeba długo czekać na reakcję miejscowej policji, gdy ta odnotowuje odnalezienie kolejnych partii ciała, śledztwo szybko posuwa się naprzód. Dodatkowo okazuje się, że śmierć męża Yayoi jest wyjątkowo nie na rękę jednemu z japońskich mafiosów.


Choć początkowo cała sytuacja nie wydaje się być specjalnie skomplikowana, bo ofiara przemocy domowej bez większego problemu mogłaby uniknąć kary za zabicie swego oprawcy, to jednak wraz z pojawianiem się kolejnych osób, które wiedzą o tym więcej niż wiedzieć powinny, sprawa zaczyna się coraz bardziej komplikować. Przy okazji pojawia się nieodparta chęć zysku, a tam, gdzie kluczem do wszystkiego są pieniądze, nie ma mowy o szczęśliwych zakończeniach.

I w przypadku epilogu „Ostatecznego wyjścia” też łatwo nie będzie. Nie tyle dla samych bohaterów, co czytelników tej (moim zdaniem) nietypowej opowieści. Co sprawia, że jest taka oryginalna? Jest to literatura japońska, a o tej nie sposób mówić, że jest sztampowa, bez wyrazu czy przewidywalna. Jest nad wyraz specyficzna. Nie z racji stylu prowadzenia fabuły (choć przyznaję, że podobał mi się sporadyczny zabieg autorki, polegający na opisywaniu jednej sceny z punktu widzenia wielu bohaterów) czy języka (bo ten nie wyróżnia się niczym szczególnym). Tym, co intryguje w tej pozycji, jest bez wątpienia jej klimat. Powiedziałabym, że jest to świetna mieszanka klimatu azjatyckich horrorów (chociaż fantastycznych potworów tu nie uświadczycie, jedynie tych w ludzkiej postaci) z fabułą wielu norweskich thrillerów, które charakteryzuje specyficzny chłód. Trafionym zabiegiem autorki – według mnie – było też wplatanie mocnych akcentów akcji w momencie, w którym najmniej się tego spodziewamy (Yayoi morduje męża pod wpływem impulsu, nie planuje tego). Nie każdy może być tym zachwycony, tak jak i nie każdemu może przypaść do gustu scena, w której dwie kobiety, stojąc nad zwłokami mężczyzny i mając w planach ich poćwiartowanie, dywagują nad tym czy jest on przedmiotem (skoro nie żyje i dopuścił się haniebnych występków), czy też nie. Kirino, opisując ten makabryczny wątek, robi to tak, jakby była mowa o musze albo karaluchu, a nie o człowieku. Wywiera to mocne wrażenie, mnie – fance mrocznych klimatów – podobał się szczególnie, ale czy wszystkim czytelnikom przypadnie do gustu? Tego nie wiem i ręczyć za to nie będę.

Na pewno jednak mogę nakłonić Was do wyrobienia sobie własnego zdania na temat tej, oryginalnej pozycji. Choćby po to, by zobaczyć, jak może zachować się zwykły i niczym niewyróżniający się z pozoru człowiek w obliczu morderstwa; by spróbować sprawdzić, gdzie leży granica pomiędzy byciem ofiarą a bezwzględnym katem (a ta, bardzo się tutaj zaciera) i wreszcie, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ostatecznym wyjściem zawsze musi byś śmierć?




Ocena: 5,5/6





sobota, 1 grudnia 2012

Kuferkowe rozdanie nr 6


Witam Wszystkich serdecznie w to sobotnie popołudnie. Na powitanie meteorologicznej zimy mam dla Was upominki książkowe. :) Żeby niektórym z Was zrobiło się ciut cieplej na sercu. :) Tym razem, przy wyborze zwycięzców pomógł mi pewien młody mężczyzna imieniem Kuba, któremu pięknie dziękuję. :) Kogo wytypował? 


Rudą


oraz

Tuśkę


Gratuluję wybranym! Jeszcze dziś się z Wami skontaktuję, by wyłudzić od Was adresy do wysyłki. Chyba, że to Wy mnie wyprzedzicie i napiszecie do mnie wcześniej. :) Nie obrażę się o to. Pozostałych znów zapraszam do kuferka. :)

piątek, 30 listopada 2012

Niezapomniane lektury z naszego dzieciństwa - podsumowanie listopada





Za oknem deszcz, a my na przekór złej pogodzie, pooglądamy sobie wesołe wyniki akcji "Niezapomniane lektury z naszego dzieciństwa". Pamiętamy listopadowe lektury? Kto zapomniał, ma idealną okazję na odświeżenie pamięci, ponieważ tak wygląda lista najchętniej czytanych książek:


1. "O psie, który jeździł koleją" 5      
2. "Baśnie" 4
3. "Dzieci Pana Astronoma" 3
4. "Oto jest Kasia" 3
5. "Dzieci z Bullerbyn" 2
6. "Kajtkowe Przygody" 2
7. "Ziarenka Maku" 2
8. "Awantura o Basię" 0 


Najchętniej czytaną lekturą klasy trzeciej jest: "O psie, który jeździł koleją".

Przeczytaliście tę lekturę, aż 4 razy. Wśród tych opinii była taka jedna szczególna, która rzucała się w oczy. Co ją wyróżniało? Może... to, że opisywała jeszcze innych "psich" bohaterów? Może... to, że przedstawiła lekturę w bardzo piękny i wyróżniający się sposób? Ta osoba nie pisała nie wiem jak długo, ale szybko powiedziała to, co myśli. [LINK]
A tą osoba jest...
Melania


I, jak zwykle... DYPLOMIK






Recenzja Melanii jest jedną z wielu opinii, jakie do nas przysłaliście. Naprawdę jesteście genialni. No więc ile tych recenzji było? Otóż 18 wypowiedzi w formie 13 postów :) Opublikowanych przez 7 osób. Jak się spisaliście? Otóż lista układa się następująco (kolejność alfabetyczna):


1. Avo_lusion - 1
2. Karriba - 1
3. Krainaczytania - 1
4. Leanika - 2
5. Magdalenardo - 2
6. Krasnoludek - 3
7. Melania - 4
8. Silwercross - 6  

WOW! Silwercross! Ależ się naczytałaś! Koniecznie trzeba Ci podarować dyplom :)





Bardzo Wam dziękujemy.  Nie tylko za ten miesiąc, ale za trzy miesiące, w których braliście udział. Jednak wszystko się kończy :( Nasza akcja też. Z trudem uzgodniliśmy z Legerem, że przerywamy akcję na zawsze... ŻART! Nabraliśmy kogoś? Przyznać się! Owszem, akcję przerywamy, ale tylko na miesiąc. Grudzień jest bardzo "szybkim" miesiącem ze względu na święta. Kto chce wtedy zająć się czytaniem? Podejrzewamy, że będzie mała ilość chętnych, więc z klasą IV ruszamy w styczniu :) Spis lektur obowiązujący na tym poziomie edukacji, zostanie podany w Nowy rok!

wtorek, 27 listopada 2012

"Magiczne lato" w reż. Roba Reinera





Gatunek: Dramat, Komedia
Produkcja: USA
Premiera: 1 czerwca 2012 (świat)
Reżyseria: Rob Reiner
Scenariusz: Guy Thomas, Rob Reiner, Andrew Scheinman


Jak myślicie? Jak wiele można kupić za trzydzieści cztery dolary i osiemnaście centów? Jeśli chodzi o rzeczy materialne, to na pewno niewiele – jakieś przekąski, napoje lub bilet do kina. Niedużo tego. A jeśli by tak spróbować nabyć za tę kwotę coś niematerialnego? Powiecie, niemożliwe? Mylicie się! Jest ktoś, kto kupił za to… wyobraźnię.


www.filmweb.pl


Kupcem tym była dziewczynka imieniem Finnegan (nazwiskiem O’Neil). Zaciekawiona postacią niepełnosprawnego pisarza, który (na okres letni) zamieszkał w sąsiedztwie, niemal mimowolnie zaczęła szukać nici porozumienia, sposobu na lepsze poznanie tego schorowanego człowieka. Dość szybko jednak wspólnym gruntem na polu ich rozmów staje się pisarstwo. Finnegan zapragnęła, by Monte (bo takie imię nosi ów pisarz specjalizujący się w westernach) nauczył ją pisać opowiadania. Oczywiście nie za darmo – uiściła w tym celu stosowną i jedyną, jaką posiadała, kwotę 34,18$. Choć nauka nie była tą z rzędu łatwych, a wskazówki udzielane przez pisarza nie zawsze dawały jasny przekaz, to bez wątpienia odniosły należyty skutek, bowiem dziewczynka pewnego dnia, naprędce, recytuje swoje pierwsze opowiadanie. Świeżo odkryty i pobudzony talent w tak młodej istocie pomaga Monte odnaleźć inspirację, wenę i przede wszystkim chęć do pisania. Mężczyzna odstawia w kąt butelkę whisky (od której był uzależniony) po to, by uraczyć swe palce dotykiem starej maszyny do pisania i znów zacząć tworzyć. Jednak lato dobiega końca i…
www.filmweb.pl


I odtąd już tylko krok do jesieni, ale czy tej szarej, smutnej i depresyjnej dla pisarza? Wypełnionej pustką i swoistego rodzaju stratą dla rodziny O’Neil? To już musicie sprawdzić sami. Ja mogę tylko podpowiedzieć Wam, czy warto to zrobić. Otóż… tak, warto. Jednak, kto spodziewa się nad wyraz emocjonującej roli Morgana Freemana (w roli pisarza Monte) rodem z „Dnia niepodległości” czy „Skazanych na Shawshank”, ten może się zawieść. Rola, jaką odegrał w „Magicznym lecie”, jest wyjątkowo stonowana i refleksyjna. Aktor gra w tym filmie w charakterystycznym dla siebie stylu, gdzie dominuje spokój i rozwaga – myślę, że nie bez powodu reżyser Rob Reiner wybrał do tej kreacji właśnie jego. Sprawdził sięwyśmienicie i doskonale oddał sens obrazu.

Morał filmu nie pozwala zapominać o tym, co kochamy, co nadaje naszemu życiu sens i co sprawia, że codziennie chce nam się zaczynać te same, błahe rytuały. Mówi o tym, by pamiętać o swoich marzeniach i starać się ze wszystkich sił realizować te największe – jeśli czegoś bardzo pragniemy, to czasem z minimalną pomocą kogoś z bliskiego otoczenia (choć nie tylko) jesteśmy w stanie to osiągnąć. Siłą rzeczy, wynika z tego też jeszcze jeden wniosek: nie wolno się poddawać!

Niby wszystko jasne, ale i tak pewnie ktoś z Was zastanawia się, dlaczego akurat o tym filmie zdecydowałam się napisać? Faktycznie nie wybrałam go bez powodu… Proszę bardzo, teraz każdy, kto skrycie marzy o napisaniu książki sygnowanej jego nazwiskiem niech podniesie rękę. Gdy zamknę oczy, widzę wiele dłoni w górze. I to między innymi dla Was jest ten film, byście uwierzyli we własne możliwości, w swój potencjał – nie trzymali go ukrytego w ostatniej szufladzie komody, tylko pozwolili, by ten dar ujrzał w końcu światło dzienne. Warto pobudzić do życia od dawna skrzętnie ukrywaną fantazję, użyjcie jej do obrony swojego talentu, wszak…


Wyobraźnia to najmocniejsza broń rodzaju ludzkiego.*


* cytat pochodzi z filmu


Ocena: 5/6

czwartek, 22 listopada 2012

"Plac dla dziewczynek" Lena Oskarsson





Data wydania: 5 wrzesień 2012
Tytuł oryginału: Flickornas Torg
Przekład: Zygfryd Radzki
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 388
ISBN: 978-83-7554-442-8


"Z fotografią w tle"

Każdy mól książkowy ma w swoim czytelniczym dorobku takie tytuły, których nie da się inaczej określić, jak mianem kontrowersyjnych. Jednak niekoniecznie z powodu samej ich tematyki… Książka, z którą ostatnio miałam do czynienia, wzbudzała skrajne emocje chyba już nim się ukazała. Otóż pojawiły się pogłoski, jakoby jej autorka tak naprawdę… nie istniała. Na próżno też szukać informacji o niej w sieci. Aura tego tytułu zdominowana przez tajemniczość, zagadkowość i, wcześniej już wspomnianą, kontrowersyjność. Czy fabuła niesie ze sobą te same cechy?
W moim odczuciu poniekąd tak, ale po kolei. Kluczowym motywem akcji powieści pt. „Plac dla dziewczynek” autorstwa Leny Oskarsson jest brutalne morderstwo, które wstrząsa spokojnym życiem mieszkańców małej szwedzkiej miejscowości leżącej w pobliżu jeziora. W podobnych tego typu przypadkach podejrzenia padają na kogoś, kto dopiero wprowadził się w dane rejony. Zatem, czy mordercą może być światowej sławy fotograf, który mieszka w pobliżu od niedawna? Oczywiście, że może, ale czy naprawdę jest? Na to pytanie odpowiedź ma przynieść śledztwo prowadzone przez Zuzę Wolny, z pochodzenia Polkę. Nie będzie ono łatwe i nieprędko nadejdzie jego kres, zwłaszcza że w tym samym czasie może pojawić się miłość.
Jeśli spodziewacie się wartkiej akcji i szybkiego tętna podczas lektury, to możecie się zawieść. Odpowiedź na pytanie „kto jest zabójcą?” nie pada zbyt szybko. Mniej więcej do połowy książka zdawała mi się być przegadana i osobiście skróciłabym ją o dobrych kilka stron (jeśli nie kilkadziesiąt). Na konkretny rozwój akcji trzeba długo poczekać, ale w połowie książki akcja nabiera wyrazu i znużenie odpływa w siną dal. Ponadto, z początku miałam nieodparte wrażenie, że wizerunek jednej z bardzo młodych bohaterek (kilkunastoletniej) był przedstawiony w nieco… niewłaściwy sposób – nazbyt rozerotyzowany. Być może to tylko moje przewrażliwione spojrzenie na ten wątek, ale to już każdy z Was musi ocenić wedle własnego uznania.
Nie będę ukrywać, że mnie – wytrawną fankę thrillerów i kryminałów – akurat ten tytuł nie porwał, nie urzekł mnie niczym szczególnym, nawet chwilami mnie zawodził. Jednak upodobania są różne i to, co mnie nie przypadło do gustu, dla kogoś innego może być majstersztykiem. Może właśnie dla Ciebie? Najlepiej przekonać się o tym samemu.
Ocena: 2/6

Oficjalna recenzja dla portalu lubimyczytac.pl: http://lubimyczytac.pl/oficjalne-recenzje-ksiazek/1565/z-fotografia-w-tle

poniedziałek, 19 listopada 2012

"Osobliwy dom pani Peregrine" Ransom Riggs






Data wydania: listopad 2012
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ilość stron: 398
ISBN: 978-83-7278-646-3




Podejrzewam, że każdy z Was zetknął się choć raz w życiu z taką książką, którą pragnął posiadać od pierwszego wejrzenia. Wystarczył opis, kusząca recenzja albo bardzo intrygująca okładka. Ta przypadłość dopadła i mnie ostatnimi czasy. Gdy zobaczyłam recenzję tytułu, o którym chcę tym razem Wam opowiedzieć, wiedziałam, że za wszelką cenę będę musiała go zdobyć. Kusicielką był nie kto inny, jak Krimifantamania i jej recenzja „Osobliwego domu pani Peregrine” autorstwa Ransoma Riggsa.

Biorąc do ręki rzeczony tytuł, już na starcie przeszły mnie dreszcze za sprawą wyjątkowo przerażającej dziewczynki na okładce, delikatnie lewitującej nad ziemią. Już to niosło ze sobą zapowiedź konkretnej dawki fantastyki i grozy. O ile drugiego waloru jest znacznie mniej, niż się spodziewałam, o tyle elementów fantastycznych jest tutaj pod dostatkiem.
A czyja to sprawka? W pierwszej kolejności dziadka głównego bohatera, Abrahama Portmana, i jego niezwykłych opowieści. Tyczyły się one jego żydowskiego pochodzenia, wojny, pobytu w oazie spokoju i bezpieczeństwa (jaką według niego był sierociniec położony na odległej walijskiej wyspie) oraz osaczających go… potworów z przeszłości, które wróciły, by go dopaść. Opowieści jednak urywają się nagle, gdy dziadek umiera w przedziwnych okolicznościach. Jego wnuk imieniem Jacob, oszołomiony tą nagłą stratą oraz wypełniony po końce włosów bajaniem seniora rodu, zaczyna martwić swym stanem rodziców. Co z kolei urasta do tego stopnia, że ci posądzają go o psychiczne zaburzenia i wysyłają na terapię do specjalisty. Ich zaskoczenie przybiera ogromne rozmiary, gdy lekarz zaleca Jacobowi podróż na ową wyspę (oczywiście w celach czysto terapeutycznych). Rodzice nie wiedzą jednak, że chłopiec tym samym wypełni ostatnią wolę nieżyjącego dziadka. Niedługo potem Jacob wraz ze swoim ojcem wyrusza w podróż, której efektem będzie nad wyraz fascynująca i wyjątkowo osobliwa przygoda…

Całość tej historii opiera się na solidnym fundamencie z fotografii. To nimi posiłkował się dziadek, kreśląc wizję sierocińca i to one zmuszały Jacoba do posuwania się coraz dalej w próbach poznania tajemniczej historii jego oraz mieszkańców. To dzięki nim po raz pierwszy zobaczył chłopca z zadziwiającą łatwością dźwigającego głaz, dziewczynkę, która musiała nosić buty z obciążeniem, by nie wznieść się mimowolnie do chmur czy młodzieńca, w ciele którego zamieszkały pszczoły.


zdjęcie pochodzi z książki


To właśnie dzięki tym fotografiom oprawa graficzna „Osobliwego domu…” nabiera zdecydowanego wyrazu i czyni go wyjątkowym. Wszystko to zawarte jest na dobrej jakości papierze i zamknięte jest w twardej oprawie. Fabuła zaś, zbudowana jest lekkim stylem Riggsa, w którym nie brak humoru, przyprawiających o gęsią skórkę opisów, całkiem przyzwoitej fantastyki i dość dobrze wyczuwalnego gotyckiego klimatu. Nie ma mowy o nudzie, bo w zasadzie cały czas coś się dzieje, choć nie ma tu tempa akcji zapierającego dech w piersiach. Osobiście dołożyłabym do fabuły więcej grozy, ale… w końcu to nie ja jestem autorką tej książki. 
Zakończenie jest ciekawe, choć dla mnie troszkę przewidywalne. Daje też nadzieję na dobrą kontynuację w drugiej części. Osobiście jednak najbardziej czekam na ekranizację, której ma podjąć się sam mistrz Tim Burton. Tak osobliwa powieść przeniesiona na ekran przez tak osobliwego reżysera ma szansę jakością prześcignąć papierowy pierwowzór i jakoś nie wątpię, że tak właśnie się stanie. A póki co… zapraszam do lektury!


Ocena: 5/6 


środa, 14 listopada 2012

"Pokłosie" w reż. W. Pasikowskiego


Tym razem, dla odmiany, opowiem Wam o filmie. I to nie byle jakim. Mówi się, że to jeden z najbardziej kontrowersyjnych obrazów, jaki został pokazany na ekranach kin w tym roku (i może nie tylko w tym). Było o nim głośno, gdy tylko pojawiły się pierwsze wzmianki na temat jego powstawania. Skąd ten rozgłos i liczne kontrowersje? W dużym skrócie:

a)      film reżyseruje jedna z ikon twórców polskiego kina – Władysław Pasikowski (m.in. „Psy”, „Demony wojny wg Goi”, „Reich”);
b)      dotyka jednego z najtrudniejszych i najbardziej niewygodnych dla Polaków tematów –
 antysemityzmu;
c)      poważną i trudną kwestię podaje widzom w dość nietypowej formie, oplatając ją
w mieszankę kilku gatunków filmowych.


http://www.filmweb.pl

 Pewnie część z Was już domyśliła się, że mowa o „Pokłosiu” w reżyserii, wcześniej wspomnianego, W. Pasikowskiego, ze zdjęciami autorstwa Pawła Edelmana i muzyką Jana Duszyńskiego. W kluczowych rolach głównych zobaczyć możemy Macieja Stuhra oraz Ireneusza Czopa. Czop wciela się w postać Franciszka Kaliny, który po dwudziestu latach spędzonych w Chicago przyjeżdża do Polski, by pomóc swemu bratu Józkowi (M. Stuhr). Franciszek postanowił dowiedzieć się, co tak złego wydarzyło się w życiu brata, że zostawiła go żona, która zabrawszy dzieci wyjechała do Ameryki. Na miejscu okazuje się, że mieszkańcy nie tyle odwrócili się od Józka, co szczerze go nienawidzą. Punktem zapalnym tego konfliktu było zniszczenie przez Kalinę drogi dojazdowej do wsi. Jednak to, co dla większości sąsiadów stanowi tylko komunikacyjne udogodnienie, dla młodszego z braci jest czymś, co od dawna (w sposób podświadomy) nie dawało mu spokoju – bowiem droga w dużej mierze składała się z nagrobków…


http://www.filmweb.pl

Wątek ten to dopiero początek śledztwa, jakiego podejmują się bracia w tej bardzo tajemniczej i mrocznej sprawie. Gdy próbują poznać prawdę szukając informacji i zadając często niewygodne pytania, okazuje się, że nikt niczego nie wie i nikt niczego nie słyszał (choć ostatecznie zdaje się, że wiedzieli wszyscy, tylko nie bracia). Szczegółów sprawy tyle, co na lekarstwo, jedynie nienawiści i wrogów wokół nich coraz więcej.


http://www.filmweb.pl

Choć „Pokłosie” to fikcyjna opowieść, to nie sposób nie zauważyć w niej nawiązania do faktu historycznego, jakim był pogrom Żydów w Jedwabnem (opisywanym także przez J.T. Grossa w „Sąsiedzi: Historia zagłady żydowskiego miasteczka”). Sama postać Józka wzorowana jest na historyku Zbigniewie Romaniuku. Czy na podstawie czarnej karty historii można tworzyć kino niebędące dokumentem zamkniętym w ciasnych ramach gatunku? Owszem, można, i udowodnił to nie tyle sam reżyser, co cała wyśmienita obsada filmu. Jego twórcy podeszli do tematu w sposób bardzo profesjonalny, każdy dał z siebie wszystko, co widać w świetnych zdjęciach, dobrze wyważonej muzyce, a przede wszystkim w wyśmienitej grze aktorskiej nie tylko aktorów pierwszoplanowych, ale także grających jedynie epizody.

Obraz ukazany jest widzom w mieszance gatunkowej – mamy tu mistrzowskie napięcie godne najlepszych thrillerów, jest też poruszający dramat, a do tego zestawu dołączyć możemy i horror, gdyż chwil grozy podczas seansu nie brakuje. W związku z tym, nasuwa się druga część mojego pytania: czy należy (a może lepiej: czy wypada?) pokazywać tak trudny motyw w tego typu formule? Moim zdaniem, jak najbardziej tak, bo tak naprawdę nie ma znaczenia forma podania, jeśli mówi się o grzechach Polaków – każda próba ich wytknięcia uruchamia w większości postawę obronną, która najczęściej – niestety – przybiera postać dość agresywnego ataku. Bardzo trudno nam z pokorą przyjąć swoje winy, otwarcie przyznając, że źle się stało; że nie zawsze byliśmy tylko ofiarami, ale również i katami.

To nie film jest winien tego, co kiedyś się wydarzyło. Zresztą mało kto z osób będących przeciw obrazowi ma jakikolwiek związek z jego tematyką (poza tą czysto teoretyczną, wyniesioną z książek czy opowieści przekazywanych z ust do ust). Dlatego uważam, że każdy, kto chce obejrzeć „Pokłosie”, powinien zaopatrzyć się w maksimum dystansu przed rozpoczęciem seansu. Nie powinien też odbierać tego obrazu jako atak na Polaków i ich historię, ale bardziej jako okazję do nabrania pokory wobec tego, co się wydarzyło, a co tak mocno nas boli. A już w pierwszej kolejności należy nastawić się na naprawdę dobre polskie kino w świetnym wydaniu (bo oto jakoś dość trudno w ostatnim czasie).

Ocena: 6/6